poniedziałek, 18 lutego 2013
Cali odczarowane? Nie. To po prostu moj blad. (Santiago de Cali, Valle de Cauca)

Kto nie czytal wpisu sprzed dwoch lat, niech przeczyta, wtedy reszta bedzie miala wiecej sensu.

Dzien trzeci walesam sie po ulicach miasta, zupelnie bez energii. Jeszcze piatkowa noc napawala optymizmem: parkiet pelny ludzi do 3:00 nad ranem i ten niekonczacy sie lancuch kawalkow muzyki z tym samym rytmicznym kluczem: pa--pa--pa----pa-pa. Ale juz weekend powitalem z jakims dziwnym konfliktem w srodku, ktory nie dawal mi spokoju. Co sie dzieje..?

Rzeczy w Cali sie zmieniaja. Inaczej wyglada patio domu w ktorym sie zatrzymalem, nie ma juz wczesniejszych nauczycieli w akademiach salsy, inna kobieta stoi na rogu skrzyzowania, obwieszona telefonami komorkowymi i wielka, zielona plachta z napisem "minutos - 100 pesos". Niektore szczegoly sa jednak zadziwiajaco niezmienne. Carlos Artuto Torres jak wczesniej siedzi w niezmiennej czapce na hostelowym stolku, zawsze gotowy przewodzic i doradzac europejskim turystkom poszukujacym w Cali swojej drogi do rytmicznych emocji. Starszy czlowiek z brzuszkiem jak dawniej, co tydzien zjawia sie na godzinnej lekcji tanca, po ktorej nagabuje mnie w roznych tematach, chcac cwiczyc swoj angielski. No i niesmiertelna Ceci, ktora ciagle przemyka co chwile od pokoju do pokoju ze stosem swiezej lub zwitkami brudnej poscieli. I jeszcze najbardziej nieoczekiwana rzecz pod sloncem: siedzialem wlasnie w pokoju obmyslajac co tu zrobic z uplywajacym czasem, kiedy wpadl recepcjonista ze slowami "Greg, czekaja tu na ciebie". Moje rosnace zdumienie osiagnelo swoje apogeum, kiedy zza rogu wyskoczyl na mnie nie kto inny jak... Benni Blanco! Ten stary wariat przetlumaczyl sobie to co wrzucilem do internetu wyjezdzajac z Polski no i okazalo sie ze przypadkiem, w tym samym czasie znowu spotykaja nam sie drogi. OK, no to jest prawie tak jak bylo. No i co? Czemu to wszystko teraz na mnie nie dziala? Czyzby Cali zostalo odczarowane? Ano zrozumialem to zaraz w poniedzialek, kiedy wybralem sie na Calle 7, pod dom ze schodami z czarna porecza. Tylko po to, zeby powiedziec czesc, no bo nie ma sensu brac tylko kilku lekcji - w czwartek przeciez wyjezdzam. Stanalem pod tym domem i... nie wszedlem. Ale przynajmniej zrozumialem w czym problem.

Dwa lata temu to wlasnie to miejsce sprawilo, ze wpadlem w energie miasta z cala glowa. A potem juz rytm dnia wyznaczaly 2 godziny cwiczen rano, do utraty sil i ostatniej suchej nitki w ubraniu, jakas kawa w drodze, odpoczynek pod prysznicem i juz zajecia grupowe. Po nich szybki obiad i pedem na rowerze spowrotem do SonDeLuz na jeszcze jedna godzine cwiczen. Napedzany rytmem muzyki bedacej wszedzie naokolo, nie zauwazalem kiedy konczyl sie dzien. A dzien przemienial sie w noc, ktora gdzie jak gdzie ale tutaj nie sluzy do spania. Przykladajac glowe do poduszki o 5:00 nad ranem, zastanawialem sie jak do cholery mam zamiar dotrzec na cwiczenia na 10:00. Po czym dziwiac sie samemu sobie, wstawalem o 9:00 i dwie arepy z serem popite kawa, stawialy mnie bez problemu na nogi.

Tym razem rowniez budzac sie slysze rytmy salsy, idac ulica slysze z okien salse, mijajac budowe gluchne od salsy, kiedy mija mnie facet z wozkiem z owocami z radyjka plynie salsa. I oto pozera mnie zazdrosc, ze tym razem nie uczestnicze w tym tak na 100%, tak jak wielu innych. Zazdrosc, ktora kurde, zezarla mi cala energie! Popelnilem koszmarny blad i przyjechalem do tego miasta na pare dni, tak zeby pobyc sobie tutaj no tak troszeczke... Duren! Tak nie mozna! To miasto tego nie rozumie. Nie szanuje. Za pozno zrozumialem, ze jesli zdecydowalem sie na podrozowanie po roznych miejscach Kolumbii, to nie powinienem traktowac Cali jak krotkiego przystanku w tej podrozy, tylko w ogole tu nie przyjezdzac. Bo Cali to energia, w ktora musisz wejsc na 100%, na ktora musisz sie zdecydowac: albo w to wchodzisz calkiem, albo w ogole. Usprawiedliwialem sie juz sam przed soba kilka razy, ze pewnie gdybym mial przed soba troche wiecej czasu, gdybym byl troche mlodszy, moglbym rzeczywiscie poswiecic temu miastu spora czesc siebie, ale teraz to jestem juz troche podstarzaly na takie rzeczy.

Tak myslalem do dzisiejszego popoludnia. Dzisiaj po poludniu spotkalem na ulicy cos, co zatrzymalo na chwile w miejscu nawet samych Caleños. W miescie jest ogromnie duzo biedy i ludzie imaja sie roznych zajec zeby zarobic grosz. Sprzedaja te kilka owocow co maja, czyszcza buty, sprzedajaj losy loterii albo organizuja swoje loterie, np wykorzystujac do tego celu swinke morska i pozwalajac obstawiac pod ktory garnek za chwile sie schowa, lepiac figurki z nadtopionego plastiku, zonglujac czym sie da na skrzyzowaniach albo pokazujac po prostu to co potrafia robic. Dzisiaj po poludniu minela mnie na ulicy platforma na kolkach, nie wieksza niz powiedzmy paleta na towary. Do platformy przytwierdzony byl kawalek wygietego pnia drzewa, a do niego swoisty zestaw perkusyjny. Tylko po czesci zlozony byl z autentycznych instrumentow. Byl tam jakis werbel, dwie przejsciowki, jakies cencerro, ze dwa pogiete talerze. Reszte stanowily aluminiowe garnki roznej wielkosci, odwrocone dnem do gory i przykryte roznymi typami materialow. Za zestawem, na platformie, siedzial czlowiek, czarny, starenki, o twarzy pooranej glebokimi bruzdami zmarszczek. Pod siedzeniem mial glosniki z ktorych plynela linia melodii puzonow, trabek, piana i gitar oraz rytm basu, w ktory on wpasowywal sie, wybijajac na bebnach jak najbardziej poprawny i mily dla ucha salsowy rytm, nie omijajac nawet najbardziej skomplikowanych przyspieszen i przejsc. Platforme z perkusista przepychal od skrzyzowania do skrzyzowania gosc, na oko dobrze po szescdziesiatce, odziany w sceniczny garnitur salsero viejo w bialych i brunatnych barwach i takiz kapelusz. Na kazdym skrzyzowaniu, pomiedzy samochodami stojacymi na swiatlach, zaczynal kolysac sie swobodnie w rytm biezacego kawalka. Najprostszy, charakterystyczny, tutrjszy krok, wykonywany byl z gracja, ktora dostrzegalna jest tylko u starszych ludzi, robiacych to od lat 60-tych. Twarz goscia jasniala w szerokim usmiechu, prezentujacym snieznobiale uzebienie.

Czy ci ludzie mysla o czasie ktory im pozostal? Prawdopodobnie zamiast to robic, po prostu z niego korzystaja. Mam wiec zamiar wziac z nich przyklad. Jesli tylko nie zapomne ponownie tak glupio, skad bierze sie ta energia, ktora mnie tak ozywia, rozdzial pod tytulem Cali jeszcze sie nie zakonczy i nieraz poczuje jak to jest kiedy todo el mundo te cante, que todo el mundo te mime...

 

czwartek, 14 lutego 2013
Przykro mi, ale to co pijemy na codzien w biurach, to absolutna sciema... (Salento, Quindío)

Do gory i do gory. Od kilku godzin autobus wspina sie niestrudzenie po serpentynach drogi. Na smiesznie stromych zboczach pasa sie krowy, ktore nie wiadomo jakim cudem tam stoja. Od dluzszego czasu pada deszcz.

Czego mozna sie dowiedziec o kolumbijskiej kawie w przeciagu jednego dlugiego dnia? Dnia nastepnego, ktory jako jeden z nielicznych dni w Salento - samym sercu kawowego kolumbijskiego trojkata Zona Cafetera - obudzil mnie blekitnym niebem i sloncem? O tym za chwile. Wczesniej krotka wycieczka po zjawiskowej Valle de Cocora, dolinie, ktora jest kwintesencja krajobrazu kawowych upraw.

Poldniowa wycieczka rozpoczyna sie dostarczeniem osmiu osob (!!!) tym kultowym pojazdem na dno doliny.

Przed zaladowaniem nas na poklad nie mialem pojecia jak my to chcemy zrobic, ale kiedy juz jechalismy, stwierdzilismy, ze dwie osoby jeszcze daloby rade jakos upchnac pod dachem. Trzeba by je tylko zaladowac jakos tak na przyklad widlami. Padl tu kiedys podobno swoisty rekord, kiedy to wlasciciel przedluzonego co prawda Willysa upchnal w jego wnetrzu szesnascie osob. Mysle ze z kolegami z pracy tez dalibysmy rade, bo mamy pewne doswiadczenie...

Z dna doliny, deszczowym lasem wychodze gdzies do polowy zbocza, gdzie w Finca Acaime czeka na mnie duzy kubek czarnej kawy i kolibry.

   

Ptaki zwabione pewnym bardzo skutecznym fortelem, w kilkusekundowych chwilach odpoczynku daja sie podejsc nawet na odleglosc metra, ale 1/200 sekundy to stanowczo za dlugi czas na uchwycenie "na ostro" ich aktywnosci, na przyklad takiej przelotnej sprzeczki malzenskiej.

Na dno doliny schodze jej przeciwnym stokiem, majac przed soba jedynego w swoim rodzaju "jeza" stworzonego przez setki sztuk drzewa - symbolu Kolumbii - palma de cera.

 

Smukle drzewa strzelaja w niebo na calej wysokosci stokow, a wierzcholki tych ostatnich gina w chmurach.

 

No i jeszcze o kawie: czego wiec mozna sie o niej dowiedziec?

Chocby tego, ze przywedrowala tu z Wenezueli razem z jezuitami. Tego, ze bliskosc rownika i zwiazany z tym klimat, pozwala uprawiac ja w gorach, na znacznych wysokosciach, co ma przelozenie na twardosc i gestosc ziarna i w efekcie na wyrazny i mocny aromat napoju. Ze Kolumbia jest trzecim najwiekszym eksporterem kawy na swiecie i jedynym krajem, gdzie uprawia sie tylko jedna odmiane (Arabica). Ze duza czestotliwosc deszczow i uprawa w poblizu wilgotnych lasow rownikowych sprawia, ze krzewy kwitna i owocuja prawie bez przerwy, co umozliwia dwa zbiory w ciagu roku. Ze podloze o pochodzeniu wulkanicznym zapewnia jak nic innego wszystkie potrzebne roslinie mineraly. Ze suszenie ziaren odbywa sie po uprzednim pozbawieniu ich otoczki owocu, co ma wplyw na zrownowazenie kwasowosci, a to z kolei jest jednym z podstawowych parametrow ocenianych przez baristow. Ze owoce rosnace na tym samym krzaku, na zboczu gorskim, dojrzewaja niejednoczesnie, dlatego zbiera sie wybiorczo pojedyncze grona, a to daje gwarancje tego, ze cala kolumbijska Arabica jest zbierana recznie, przez wyspecjalizowane grupy zbieraczy, ktore podazaja od regionu do regionu, zgodnie z rozkladem zbiorow.

Tego mozna sie dowiedziec. Mozna tez sporo poczuc. Poczuc mozna na przyklad to, ze lyk kolumbijskiej kawy rozlewajacy sie po jezyku ma - niczym wino - swoje rozwiniecie, kulminacje i koncowke, ktorej bukiet pozostaje w ustach jeszcze sporo czasu po przelknieciu. Ze ta kawa - w odroznieniu od tego burego wywaru, ktory pijemy na codzien (szczegolnie takiego powstalego z rozpuszczajacych sie calkowicie granulek) - potrafi rozwinac w ustach smaki kojarzace sie nie tylko z sama kawa, ze potrafi byc przyjemnie kwaskowata, prawie owocowa, jesli tylko nie zabijemy jej cukrem. A najlepsze jest to, ze to wszystko moze poczuc nawet taki kompletny kawowy laik i ignorant jak ja, w malutkiej filizance espresso na cztery lyki.

Obracam w palcach, w swietle slonecznym idealne ziarenko kawy. Chcialoby sie od razu wyslac je z cala sloneczna energia i wszystkimi tymi skumulowanymi w nim emocjami bliskiej osobie. Pewnie nie wysle wlasnie tego. Ale przywioze ze soba, moze nie tak idealne, ale tez dobre ;-)

wtorek, 12 lutego 2013
Rower w dobre rece oddam (Puerto Triunfo, Antioquia)

Pora na nawrot. Dalej na polnoc nie ma co jechac. Robie wielka nawrotke przez lewe ramie i z wysokosci ok. 1000 m n.p.m. wale w dol, do doliny najwiekszej kolumbijskiej rzeki - Río Magdalena.

Po pokonaniu zwyczajowej serii gorek, po ok. 50 km teren wyplaszcza sie calkowicie. Pochlaniaja mnie calkowicie najbardziej gorace rejony Kolumbii, gdzie woda wywiewana jest z organizmu doslownie przez skore. Zatrzymuje sie co jakies 15 minut i wychylam za kazdym razem cala butelke wody.

Z miasta Barrancabermeja jade juz prawie dokladnie na poludnie, mijajac po drodze tereny obfitujace w jedno z najwiekszych kolumbijskich bogactw - rope naftowa. W kierunku poludniowym jedzie sie niezbyt lekko - nie dosc, ze jade wypelniona goracem doline, to jeszcze slonce prawie przez caly dzien mam nieco przed soba. Trwa to mniej wiecej do wysokosci miasta Puerto Boyacá, za ktorym skrecam w prawo, na droge wiodaca do Medellín. Przejezdzam nad potezna juz w tym miejscu, choc dopiero bedaca mniej wiecej w polowie biegu rzeke Magdalena. Tylko ok 2 km w bok od drogi miesci sie rezerwat naturalny rzeki Río Claro. Mam zamiar zaszyc sie w nim na 2 dni i ponurkowac troche w krystalicznych wodach rzeki plynacej przez kanion wypelniony dzungla.

Zanim to zrobie, rozstaje sie z rowerem. Minely dwa tygodnie podrozy. Nastepne dwa zamierzam spedzic na blogim nicnierobieniu, degustowaniu kawy i szlifowaniu salsowych krokow w kolumbijskiej stolicy salsy, a jakze.

Ostatnie kilometry rowerowej podrozy okazaly sie byc dosyc ciezkie. Río Claro miesci sie dalej niz przypuszczalem i w bardziej gorzystym terenie. Z zapadajacym zmrokiem, spieczony sloncem, trace nadzieje na spedzenie tam nocy. Przygotowuje sie raczej na noc w przydroznej lace, ewentualnie na poszukiwanie jakiegos przydroznego hotelu.

Zmaterializowali sie jakby na zyczenie. Niewielka "banda" kilku lokalnych, 10-letnich chlopaczkow, pewnie z przydroznej wioski, szaleje na drodze na zmiane na jednym rowerze. Szybkie przepakowanie rzeczy do plecaka, podchodze do nich ni stad ni zowad ze slowami:

-chlopaki, pewnie przydalby sie wam jeszcze jeden rower co?

Przez pierwsze pol minuty patrze na twarze, ktorych oczy robia sie mniej wiecej dwukrotnie wieksze i bardzo, bardzo okragle. Patrza na mnie bez slowa, ale powoli te twarze zaczynaja sie zmieniac... iskrzyc... nie, promieniec... nie... nie wiem, nie bardzo potrafie to opisac. Wiem, ze dla tego krotkotrwalego widoku warto bylo kupic ten rower, tylko po to zeby przejechac na nim 1000 km, przyczadzic sie spalinami, przypalic sie sloncem i teraz go oddac.

Wydostaje sie z gromadki wyrzucajacej z siebie bezladne slowa: dziekujemy, ale na pewno? ale to nie tylko dla niego prawda, to dla nas wszystkich...? que chevere! ale jest pan pewnien...? Wydostaje sie, pokazujac im kciuka do gory i na odchodnym rzucajac pytanie: ile jeszcze do Rio Claro? - Trzy godziny prosze pana. Eeeeeeee...... TRZY GODZINY????!!!!

I w tym momencie zaczynaja sie dziac rzeczy dosc zaskakujace.

Jakies 100 m dalej zatrzymuje sie samochod. Kiedy go mijam juz maszerujac, wychyla sie z niego glowa

- Amigo, co z tym twoim rowerem
- Podarowalem im go
- Nie no powaznie? Chcielismy zapytac, bo jadac w tamta strone widzielismy cie jeszcze jak na nim jedziesz
- No tak, wlasnie im go dalem, nie mam wiele wiecej czasu, przesiadam sie na autobusy
- A gdzie jedziesz teraz?
- Do Rio Claro
- Wskakuj, podrzucimy cie przynajmniej kawalek

Pol godziny pozniej wysiadam z samochodu, znacznie juz blizej celu

- Co jestem winien?
- Nie zartuj. Zatrzymaj jeszcze kogos, to napewno cie podrzuci

500 m dalej zatrzymuje sie kolo mnie motor

- To ty jechales z Jose? - slysze
- Tak, to ja
- Jade do Rio Claro, jestem tam instruktorem. Wsiadaj, Jose mowil mi ze tedy pojdziesz

Zeby wyobrazic sobie mnie na tym tylnym kawalku siedzenia motocykla, musicie wiedziec, ze mialem na plecach 110 litrowy plecak, wypchany po brzegi, a pod pacha drugi, mniejszy. Na glowe zalozylem wreczony mi kask do speleologii.
Po chwili bylismy juz pod brama wjazdowa do rezerwatu. Na zyczenie czlowieka, ktory mnie podwozil, nie policzono mi za wstep, w zamian za to wsadzono mi jedynie pod druga pache wielgachna paczke z bulkami dla calej zmiany instruktorow. Wjezdzamy do srodka. W trakcie ruszania stopy oczywiscie polecialy mi do gory i sam nie wiem jak nie skonczylem na ziemi, lezac na plecaku jak zolw na skorupie.

Zanim zdazylo sie na dobre sciemnic, zajadalem juz kolacje w takim mniej wiecej otoczeniu.

 

czwartek, 07 lutego 2013
Cañon del Chicamocha (Piedecuesta, Santander)

Nie mam jakichs specjalnie mocnych przezyc jesli chodzi o kanion Chicamocha. To dziwne, skoro tak duzo czasu zajelo mi wybranie sie w koncu w ten rejon. To dziwne, nawet jesli przyjrzec sie suchym (to bardzo wlasciwe slowo) faktom.

Z ostatniego wiekszego miasteczka przed kanionem - San Gil (1166 m n.p.m.) trzeba pokonac 29 km i ponad 600 m w gore, do wioski Aratoca (1799), stad juz widac go bardzo dobrze. Ziemia rozstepuje sie, tworzac gigantyczny rozlam, w ktory stopniowo bede sie teraz zaglebial. Poludniowy stok kanionu jest bardzo stromy i droga trawersuje go, kluczac dziesiatkami serpentyn. Jest akurat srodek dnia, bo dojazd do Aratoca zajal mi kilka ladnych godzin.

Gory prowincji Santander to blachostka w porownaniu z glownym pasmem Andow znajdujacym sie w obrebie Kolumbii. Czlowiek porusza sie tu na wysokosciach, na ktorych slonce odczuwalne jest na tyle mocno, ze nawet noce nie schladzaja zbyt powietrza. Mniej wiecej od Barbosy jade bez przerwy posrod bananowcow, plantacji kawy i trzciny cukrowej. Jesli w takim terenie znajdzie sie tak regularne w ksztalcie zaglebienie, bedzie ono rozgrzane jak piec i suche jak wior, nawet pomimo tego, ze na swoim dnie ma koryto rzeki. Podobnie bylo w peruwianskim kanionie Colca.

Z kazdym metrem w dol, czuje jak rosnie temperatura i znika z powietrza wilgoc. Nie ma tu juz zbyt bujnej roslinnosci, zastepuja ja jedynie panoszace sie wszedzie kaktusy, ktore nizej, tworza nawet cos w rodzaju laskow kaktusowych.

Docieram do dna kanionu - 543 m n.p.m. i przejezdam przez most na rzece Chicamocha. I o ten oto strumyk tyle szumu.

Czeka mnie teraz nowa zabawa. Do najblizszej osady - Los Curos (1280) trzeba stad wspiac sie ponad 700 m do gory. Moim wielkim szczesciem jest to, ze po tej stronie droga nie wspina sie trawersami na glowny stok kanionu. Tutaj znajduje sie niewielki doplyw rzeki Chicamocha, ktory rowniez wyrzezbil sobie niezle zaglebienie - taki pomniejszy kanionik. Moge wiec wyjezdzac stopniowo pod gore, przynajmniej czesciowo osloniety od slonca, ktore na takich trawersach jak na poludniowym stoku usmazyloby mnie pewnie na rumiano. Minusem jest to, ze wali we mnie caly czas wiatr, ktory skanalizowal sie tu pomiedzy skalami i doklada mi jeszcze trudu, ktorego juz i tak mam dosc, wyjezdzajac pod gore. Od Arotoca do Los Curos to kolejne 42 km.

Zdecydowanie najdluzszy dzien w mojej podrozy. Wyjechalem z San Gil wraz ze switem, ok 6.00 rano, w Piedecusta zameldowalem sie wraz ze zmrokiem, nieco po 18.00. 12 godzin jazdy bez dluzszego przystanku chociazby na jedzenie. Odbije sobie jakas dobra kolacja i jak zwykle cala masa owocow, pewnie w jakims takim miejscu raju.

Juz wiem czemu nie mam mocnych przezyc z kanionu Chicamocha. Chyba chcialem jak najszybciej miec go za soba.

 

Wymagajacy ten Santander. Daje tez jednak troche od siebie. Ponizej kilka typowych dla prowincji obrazkow.

 

Przestrzenie zwykle zmniejszaja sie z nastaniem nocy, ale oczy zamykaja sie zazwyczaj zbyt szybko, zeby to zauwazyc...

wtorek, 05 lutego 2013
Moja choroba nazywa sie Chicamocha (Piedecuesta, Santander)

Kolumbijczyk z reguly powie ci mniej wiecej to, co wlasnie chcialbys uslyszec. Na przyklad:

- Jest jakas bezposrednia droga do Moniquiry, prosze pani?

- No jest, ale nie asfaltowa, bedziesz sie meczyc na tym

- Czyli trzeba przez Arambuco? Ale tam bardzo do gory, prawda?

- Nieeee, tylko troszke, troszeczke, troszenieczke (solo un poco, poquito, poquitico)

Boze swiety, cztery i pol godziny wjezdzalem, wpychalem, wytargiwalem ten rower pod ta gorke "poquito"!

- Ile zostalo do Los Curos, prosze pana?

- A bedzie z jakie 20 minut

- Ale pewnie autem co?

- A nieee, na piechote, tak jak ide. Rowerem zrobisz szybciej nawet pod ta gore..!

45 minut zajelo mi gramolenie sie tam na gore, ja nie wiem jak on szedl te 20 minut, musial chyba troche gdzies podjechac na tylku.

 

Schody z gorami zaczely sie na mojej trasie w czwartek po poludniu, kiedy juz zaczelo zachodzic slonko, dotarlem do malutkiego Oiba, kuszacego hotelikami z basenami. Ale ja nie, ja sobie jeszcze podjade, tylko do Confines. No i zaczelo sie - do gory i do gory, co spogladalem przed siebie, mialem ten sam widok: pojazdy przede mna, sunace gdzies miedzy drzewami, z 10 pieter ponad moja glowa. To cholerstwo nie chcialo sie skonczyc az do Confines. Zapamietalem dobrze te gore i pozalilem sie nieco przyjaznemu panu, ktory znalazl mi hotel, jak juz dobrze po zmroku dotarlem do Socorro (Confines to dziura!).

- Taak, to kawal gory. Ale czeka cie wieksza, zaraz za San Gil. Uyyyyyyy, tam to dopiero jest gora...! - i wykrzywil twarz w grymasie bolu.

Jak Kolumbijczyk mowi uyyyy i wykrzywia twarz, to znaczy ze juz naprawde nie ma zartow. Zostawil mnie z przemysleniami na ten temat i poszedl, a ja znowu hop pod zimny prysznic, zeby pozbyc sie tego przenikajacego na wskros goraca. Niestety zignorowalem slabe sygnaly plynace z mojego ciala, ze malo mu sie to podoba.

Na piatek plan mialem taki, aby dojechac jedynie do San Gil, jakies niecale 30 km. Tak, zeby zblizyc sie jak najbardziej do pewnego glebokiego kanionu, kanionu rzeki Chicamocha, na ktorego pokonanie musialem zarezerwowac sobie caly dzien. Do San Gil ledwo dojechalem. Wynoszac walizy na ostatnie pietro hotelu, slanialem sie na nogach. Oczodoly dawaly mi znaki, ze mozna na nich zaczac smazyc jajka sadzone, wiec termometr pod pache. Pokazal 37.5. Pol godziny pozniej 38, a jeszcze pol godziny pozniej - 38.5. I tam mniej wiecej sie zatrzymal. Nie fajnie. Juz sie zastanawialem jak tu zgarnac z ulicy jakiegos doktora, ale ostatnia nadzieje zlozylem w jednym ze sklepow o wdziecznej nazwie Droguería. Wygladaja mniej wiecej jak nasz Rossmann, czy cos takiego, mnostwo szamponow, podpasek i mydel. Ja szukalem jakiegos apapa, zeby oszukac goraczke i ja wylezec.

- Da mi pani cos na przeziebienie

A pani buch: to pan wezmie dzisiaj, nastepnie jutro rano i wieczorem - to jest antybiotyk, to ma pan na bole miesni, a to para chupar

Tego chupar (czyt. ciupar) nie znalem, idac do hotelu zastanawiam sie jak mam to ciupac. Okazalo sie ze to do ssania, na gardlo. Najbardziej jednak poniosl mnie ten antybiotyk, ktory dostalem od tak, w Rossmannie. Narazie go nie wezme, nie wiadomo co to za cholerstwo.

Swietnie. Barykada w pokoju i dajemy sie chorobie wyszalec. Jeszcze ten termometr. 38.8. Rany, dawac ten antybiotyk!

Z kolumbijskich atrakcji pozostala mi kolumbijska telewizja. Jeden kanal nazywal sie "Nostalgia TV" ale to ten wlasnie po prostu dobrze sie nazywal, wszystkie pozostale powinny nazywac sie od Nostalgia 2 do Nostalgia 88. Tak wiec nie pozostalo mi nic innego jak raz jeszcze rozczulic sie podczas Pretty Woman, podbic sobie arenaline pod niebo podczas filmu na ktorym starszy amerykanski pan (agent na emeryturze) sukcesywnie zabija 540 mlodszych panow z Albanii, ktorzy w swojej niefrasobliwosci i na swoje nieszczescie, umaczali palce w porwaniu corki tego pana. Ale najwieksze wrazenie zrobilo na mnie jakies inne wcielenie Chucka Norrisa. Obraz o tytule Tigre opowiada o przygodach pana ktory zwie sie tak wlasnie, a ktory bije na leb na szyje ww Chucka w zdolnosciach nadprzyrodzonych i ktory wspolnie z ladna pania o wlasciwosciach jedynie lekko mniej nadprzyrodzonych wlasciwie rozbija armie i policje calej Kuby. Nie wiem jakie emocje wtedy mna rzadzily. Przyzwyczailem sie juz, ze latynosi uwielbiaja ogladac takie bzdury, ale Tigre przeznaczony byl zdaje sie dla psow i kotow, bo te emocje mniej wiecej ich poziomowi odpowiadaly. No i moze jeszcze dla obcokrajowcow w goraczce...

Tak minal dzien i drugi, podczas ktorych termometr zaczal pokazywac nieco mniej stopni, a ja zaczalem czuc sie normalniej. W zasadzie pod koniec drugiego dnia bylo mi juz calkiem dobrze, gdyz spedzilem go na milej rekonwalescencji w parku Gallineral.

Trzeciego dnia rano termometr pokazal mi 35.5 stopnia. Myslalem ze umieram, ale w tej samej chwili zauwazylem, ze ten kartonik, czy blaszka, czy cokolwiek tam jest w srodku termometru - to na czym jest skala stopniowa - ze to mi tam lata wzdluz tej szklanej rurki (!!!), dajac w efekcie dokladnosc odczytu plus minus 1 stopien. Tak wiec moglem miec goraczki 37.5 albo 39.5. Nie wiem. Po tych oczodolach to bym jednak stawial na 38.5. No a teraz to stwierdzilem ze tez wyposrodkuje sobie ta temperature. Wstalem, przegialem sie gwaltownie w przod i tyl, i poniewaz nic mnie nie zabolalo, wyjechalem na droge.

 

Nie martwcie sie o mnie, juz czuje sie dobrze, juz przejechalem ten diabelny kanion (jechalem 12 godzin bez dluzszego przystanku) i nadal wszystko ze mna ok. O kanionie bedzie w nastepnym wpisie, a puenta tegoz jest taka, ze doszedlem do wniosku, ze taka szybka rekonwalescencja byla mozliwa dlatego, ze to nie byla choroba ciala, tylko choroba psychiczna. Tak sie najwyrazniej wystraszylem perspektywy przeprawy przez kanion Chicamocha, ze moj mozg postanowil mnie za pomoca oddzialywania na cialo zatrzymac na chwile przed wyruszeniem w droge w tym diabelskim dniu. Coz poradzic na chorobe Chicamocha...?

 

wstawie tu jeszcze zdjecia, zeby nie bylo tak nudno, ale potem, bo mi interneta zamykaja...)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12