poznawać, smakować, czuć...
nigdy się nie zatrzymać.
Zakładki:
Design
Dzień po dniu
Natura
Podróże
|
czwartek, 26 maja 2011
DO ZOBACZENIA GDZIEŚ NA DRODZE...!
W Polsce tegoroczna wiosna jest wyjątkowo pogodna. Patrząc przez okno górnej platformy starego, piętrowego wagonu pociągu z Poznania do Katowic na przesuwające się na zewnątrz prostokąty nagich pól, myślę o tym co się właśnie zakończyło. W głowie pojawia się półroczna retrospekcja.
Ta podróż miała być antidotum na stagnację i skamielinę dnia powszedniego. Lekarstwem na ogłupiającą rzeczywistość, w której na codzień się nurzam. Okazją do przeżycia czegoś prawdziwego, w odróżnieniu do teatru pozorów, który rządzi codziennością. Jeśli pedałuję, jeśli wkładam w to wysiłek, to przesuwam się do przodu, pokonuję kilometry. Kiedy nie pedałuję - to stoję w miejscu. Po wielu latach codziennego obcowania ze światem opanowanym grą pozorów, światem, w którym wkładana w coś praca niekoniecznie warta jest coś więcej niż epatowanie pozorną siłą, światem, w którym dążenia materialne zdominowały nas do tego stopnia, że przedmioty wytwarzane są nie dla rzeczywistych potrzeb, tylko tych sztucznie wykreowanych, pół roku doświadczania takiej prostej zależności było czymś, czego bardzo potrzebowałem.
Udało się nadzwyczajnie. Ludzie, których spotykałem, wrażenia, które powstawały i wiele godzin spędzonych sam na sam z myślami, które przewijały się przez głowę cierpliwie jak kolejne kilometry drogi, produkowały w niej raz po raz przekonania, których oczywistości nie mogłem zaprzeczyć. Nie udawało się również przechodzić obok nich obojętnie. W końcu zacząłem je zapisywać.
- Podróż dała mi wyraźną świadomość tego, że chcę od życia o wiele więcej, niż mogę dostać spędzając je za biurkiem. - Podróż dała mi możliwość swobodnego przeglądu swoich relacji z innymi ludźmi i znalezienia wśród nich swojego miejsca. - Podróż postawiła na powrót ważne sprawy przed tymi mniej ważnymi. Jednym zamachem zburzyła wieżę ułudy, którą systematycznie budują ci, którym z różnych względów zależy na kontrolowaniu innych. - Podróż przypomniała mi, że człowiek ma prawo zmieniać zdanie i nie musi przez całe życie pozostać przypiętym do ról, które chciałaby narzucić mu cywilizacja. - Podróż jeszcze raz pokazała mi, jak piękna jest ziemnia, którą niestety bez opamiętania łupimy, chociaż jesteśmy jej nierozerwalną częścią. - Podróż doprowadziła mnie do przekonania, że o tym co się wydarza w moim życiu decyduję ja i nikt inny. - Podróż dowiodła, że im bardziej jesteśmy w stanie panować nad naszymi własnymi umysłami, tym częściej zdarzają się w naszym życiu rzeczy zadziwiająco podobne do tego, czego sobie życzyliśmy.
Była pełna wrażeń, inspirująca, emocjonująca, radosna, zachwycająca, ale bywała też trudna, wyczerpująca, wypełniona obawami, rozczarowująca i zwyczajnie nudna. Napewno miała duży wpływ na to, co dzieje się w mojej głowie, skoro w pierwszym jej etapie noc w noc śniłem o lataniu na rowerze i miękkich lądowaniach na soczyście zielonych łąkach, skąpanych w słońcu :-) Pokazała też później swój pazur, jakby chciała powiedzieć "Czekaj czekaj, jeszcze nie poznałeś dokładnie co to jest Ameryka Południowa". Doprowadziła mnie do skrajnej rezygnacji, kiedy kilka razy pomyślałem sobie, że nie ma ona sensu, że tracę tutaj zdrowie i powinienem ją przerwać. I nagrodziła wybuchem pozytywnej energii, która była jakby fetą po zwycięstwie w jakimś koszmarnie trudnym i wyczerpującym maratonie. Pomyślałem sobie, że może stać się czymś ważnym, ale nie miałem pojęcia, że podziała na mnie na tylu różnych frontach.
Ruszając w drogę, nie wiedziałem, dlaczego chcę poejchać na rowerze. Czułem to jakoś podskórnie. Kiedy już wyruszyłem na nim z Limy, doszło do mnie, że to na drodze znajduje się ta Ameryka Południowa, którą chciałem chłonąć. A jeszcze później, już w trakcie samej rowerowej podróży zrozumiałem coś jeszcze. Pojechałem rowerem, bo chciałem, żeby była prawdziwą podróżą, z wysiłkiem wkładanym w proces przemieszczania się, który buduje świadomość podróżowania, a nie - jak to się często dzisiaj zdarza - półrocznymi wczasami polegającymi na beznamiętnym zaliczaniu kolejnych, wypełnionych turystami atrakcji. Chciałem dać tej podróży coś od siebie. Bo kiedy świadomie przywozisz gdzieś całą swoją fascynację danym miejscem, kiedy zawozisz tam szacunek, możesz być pewny, że ono też da ci od siebie to co ma najlepsze. Nawet jeśli jest to miejsce, przed którym przestrzegają cię wszystkie przewodniki.

poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Usmiechem przeciw przemocy
Kolumbia zaskoczyla mnie bardziej niz inne kraje Ameryki Poludniowej, przez ktore podrozowalem. Historia uslana ofiarami wiecznie toczonych tu wojen domowych kazala mi przypuszczac, ze czeka mnie przejazd przez kraj slabo rozwiniety, w ktorym mieszkaja ludzie zamknieci kulturowo w swoim wlasnym kregu, niezbyt przychylni obcym. Juz pierwszego dnia moglem stwierdzic, ze to ojczyzna pogodnych, wiecznie usmiechajacych sie ludzi, ktorzy z wlasnej inicjatywy wychodza ci na przeciw, jakby znali cie od dluzszego czasu. Ze to kraj wielkich inwestycji, ktore na wyscigi wyrastaja w aglomeracjach, porzadnej infrastruktury drogowej i niebywalej pracowitosci jego mieszkancow.
Juz przygraniczne Ipiales przywitalo mnie schludnymi domostwami i gwarnym, kolorowym centrum. Jechalem dalej, drogami wijacymi sie pod oslona lancucha roslych drzew, oslaniajacych mnie od piekacego slonca, mijajac raz po raz, blyskajace biela, przepieknie usytuowane wiejskie domki, tonace w soczystej zieleni. Juz sam krajobraz sprawia, ze mozna sie zakochac w tym miejscu. Nie doswiadczysz jednak Kolumbii w pelni, jezeli nie zatrzymasz sie na chwile w swojej podrozy, zeby pouczestniczyc w codziennym zyciu jej mieszkancow. Cali, ktore zatrzymalo mnie na miesiac, kazalo zrezygnowac z wielu innych, atrakcyjnych miejsc, ktore czekaly na mojej drodze. I ani przez chwile nie zalowalem tego, ze zostalem tak dlugo w tym miescie. W Cali, nie przesadzajac, znalazlem swoj drugi dom, ktory zbudowali dla mnie zupelnie nieznani mi ludzie. Ktory zaakceptowalem z wszystkimi jego plusami i minusami, tak jak miejsce w ktorym sie urodzilem.
Bigactwa i urody Kolumbii doswiadcza sie na nowo, kazdego dnia, jezeli tylko odpowiednio szeroko otworzy sie swoje zmysly. Nie jestem do konca pewny za sprawa czego odkrywa sie na nowo znaczenie smakow i zapachow, kolorow, ksztaltow i dzwiekow. Moze to klimat, moze styl zycia, moze pogoda ducha Kolumbijczykow. Wykonujesz codzienne czynnosci w spiekocie dnia, wiec doceniasz bardzo ochlode dostarczana przez rzeke, splywajaca wprost z pobliskich gor, lub przez wypita szklanke lodowatej wody z sokiem z trzciny cukrowej. Slyszysz pogodna muzyke, wiec uruchamia sie w tobie pasja tanca. Tanczysz, wiec czujesz sie szczesliwy. Jestes szczesliwy, wiec tworzysz pogodna muzyke. Swiatlo sloneczne pobudza tu zmysly do tego, zeby cieszyc sie ksztaltem i kolorem prostych przedmiotow. Kiedy zapytac Kolumbijczyka jaki kolor jest jego ulubionym, nie bardzo zrozumie. Po chwili zacznie wymieniac kolejne kolory, a po nastepnej chwili zrozumiesz, ze nie ma takiej kwestii. Nie ma takiego pytania. Tu po prostu lubi sie kolor. Kazdy. Pracujesz duzo, wiec doceniasz znaczenie jedzenia. Tak, Kolumbijczycy pracuja bardzo duzo. Przecietny dzien pracy trwa w godz. 8-12 i 14-18, ale w praktyce pracuje sie duzo dluzej. Mloda dziewczyna, ktora obsluguje kafejke internetowa i kabiny telefoniczne, spedza w swoim miejscu pracy 13 godzin dziennie. Lacznie z sobotami i niedzielami. Co kilka dni ma dzien wolnego. Mowi biegle po angielsku, nauczyla sie sama, w swoim wolnym czasie. Straganiarze w Santa BArbara zaczynaja skladac swoj towar do skrzyn po godz. 21. Skrzynie, ktore zamiast kolek maja ´gole´ lozyska toczne, trzeba zapchac jedna po drugiej do domu, kilkaset metrow od rynku. Z glosnym loskotem, po nierownych cementowych plytach, przetaczane sa z niemalym wysilkiem. Dzien nastepny - niedzielny poranek w Santa Barbara. Godz. 6.30. Popijam na rynku mala kawe i przygotowuje sie do drogi. Rozlega sie i narasta znajomy z wczoraj loskot. Skrzynie wtaczane sa wlasnie na rynek. Mozolnie, jedna za druga.
Pracuje sie inaczej niz np. w Europie. Nie pod tak duza presja czasu. Nie oddziela sie tak wyraznie czasu pracy i wolnego. est to raczej mikstura spraw zawodowych i prywatnych. Jest caloscia dnia.
W tych warunkach Kolumbijczyk ZAWSZE ma w pogotowiu pozdrowienie, dobre slowo, czas na krotkarozmowe ze znajomym (albo nieznajomym). Uwazam, ze to calkowicieosobliwe dla kogos przyzwyczajonego do naszych ´zalatanych´ realiow.
Nie mam pojecia jak te portrety tyowego Kolumbijczyka polaczyc z wizja kraju, w ktorym roznice interesow doprowadzaja do tego, ze ludzie odnosza przeciw sobie bron. W ktorym zdaza sie tak brutala przemoc. Jeszcze w 2009 roku Kolumbia wstrzasnal skandal, kiedy wyszlo na jaw, ze zolnierze z oddzialow dowalki z terrorem zabijaja bezdomnych i zwloki poprzebierane w uniformy uzywane przez terrorystow przedstawiaja jako czlonkow guerillas w oczekiwaniu gratyfikacji czy dni wolnych. Proceder mial ponoc pociagnac tysiace takich ofiar.
Niechtobedzie odzwierciedlenie rozlamuspolecznego jaki panuje w Kolumbii. Jak zrozicowany jest status spoleczny, emocje, wartosci. stny tygiel, ktorego wrzenia na dobre chyba nie jest w stanie uspokoic zaden polityk.
Nie wiadomo jaka przyszlosc czeka kolumbie. najwazniejsze ze ta kolumbia ktora jest dla mnienajwazniejsza zyje takjak zyla zawsze swoim spokojnym rytmem.
czwartek, 31 marca 2011
Caleña quiere quedarse en Colombia
Palomino. Nic nie znaczaca wioska, ukryta wsrod palm przy samym wybrzezu. Dojezdzam do pierwszych stoisk oferujacych podroznym w gnajacych zaraz dalej autobusach zwyczajowe kolumbijskie smakolyki. Jednoczesnie pokonuje swoje ostatnie rowerowe kilometry na poludniowoamerykanskiej ziemi.




Zegnam sie tym samym z niestrudzona towarzyszka mojej podrozy. Czas wiec napisac o niej kilka slow, przedstawic ja krotko, jak lider zespolu swoich muzykow. W moim zespole byla jedynym muzykiem. Niezmordowanym. Niezawodnym. Stanowilismy perfekcyjny duet. Ona. Bo w hiszpanskim wystepuje w rodzaju zenskim. La bicicleta. Ochrzczona jako - jak mogloby byc inaczej - ¨Caleña¨.
Kupilem ja za 230 zl poprzez jeden z bardzo znanych polskich serwisow aukcyjnych. Przyjechala do mnie az ze Szczecina. Byla w lekko sfatygowanym stanie, miala powykrzywiane zebatki, ale widac bylo, ze ma w sobie potencjal. Wpakowalem w nia wiec jeszcze okolo 2 razy po 230 zl. I byla gotowa do drogi.
Przed poludniowoamerykanska przygoda, towarzyszyla mi juz kilka razy. Poplynela ze mna na Bornholm. Przejechala setki kilometrow pomiedzy pieknymi jeziorami polnocnej Polski. Nie wiem juz ile razy zawiozla mnie do Pszczyny. I objuczona nieziemsko zdala generalny przedwyprawowy egzamin na drodze na Wegry i spowrotem.
Podczas czterech miesiecy dzwigala niezmordowanie caly moj podrozny dom. 25 kg najrozniejszych przedmiotow, zapakowanych w sklecone prowizorycznie mocowania. I nigdy nie dala za wygrana. Nigdy nie zawiodla. Bo czym sa dwie dziury w detkach wobec 4000 km pokonanych po nie zawsze rownych poludniowoamerykanskich drogach?


Od zasypywanych piachem pierwszych kilometrow peruwianskiej Panamericany, az do karaibskiego wybrzeza Kolumbii. Poprzez ciche wioski i pelne chaotycznego zgielku, ulice peruwianskich miast. Poprzez gorace doliny po drugiej stronie andyjskiego lancucha. Stromymi podjazdami na ekwadorskie przelecze i brawurowo w dol do zlanych deszczem dolin. na 3500 m n.p.m. I znow w dol, do pelnych zycia kolumbijskich wiosek i miast. Po 8 - 10 godzin dziennie. A potem wystawala na dziedzincach, korytarzach czy w hostelowych pokojach, czekajac cierpliwie na kolejny dzien.
Staromodna, ubrana w kiczowate kolory z lat 80-tych, w czasie trwania ktorych pewnie sie urodzila. Przyciezkawa, oparta na starej, stalowej ramie. Bez udziwnien w rodzaju amortyzowanych zawieszen i nowatorskich systemow mocowania bagazu.

Nie patrzyla na pukajacych sie w glowy, na usmieszki i komentarze w stylu ¨no jesli ktos lubi folklor...¨ Wziela i pojechala. I dala rade.
A teraz chce zostac tu. Pewnie poczula, ze tutaj jeszcze dlugo beda jej potrzebowac. Pewnie spodobaly sie jej dzwieki vallenato albo nadmorski klimat i swoboda. A ja czuje mam dziwne uczucie, ze pomimo tego, ze nie zawsze bylo latwo, juz brakuje mi tego, zeby jak co rano wyjechac na droge, czujac jak sie rozkrecam i zobaczyc gdzie dzisiaj mnie poprowadzi.







Z przemysleniami wzdluz karaibskiego wybrzeza
Trudno o bardziej ¨morskie¨ miasto niz Cartagena de Indias. ¨Wypchniete¨na cypel ladu, zaledwie polaczony z reszta waska mierzeja. Oblane ze wszystkich stron woda, chlostane podmuchami porywistego wiatru znad Morza Karaibskiego. ¨Zapatrzone¨w morze frontami wszystkich swoich budynkow, odwrocone plecami do ladu. Opuszczam Cartagene Avenida Santander, poprowadzona na ostatnim skrawku ladu, dzielacym ogrodzone stare miasto od fal rozbijajacych sie o glazy. Kaskady wody z powstale z tych najwiekszych, siegaja obu pasow jezdni polozonej blizej brzegu. Morska odchlan sasiadujaca tak bezposrednio z zamieszkanym gesto ladem budzi respekt. Gdyby takz jakiegos powodu poziom wody wzrosl o 2 - 3 metry, morze wzieloby we wladanie i calehistoryczne centrum i luksusowa dzielnice wielkich hoteli i apartamentowcow. Katastroficzne wizje pobudzone do zycia tym, co stalo sie w Japonii, ogarnely nie tylko mnie. Uwielbienie dla obfitosci, ktorej dostarcza ziemia, zachwyt nad jej pieknem i roznorodnoscia, idzie tu w parze z powszechnym przekonaniem, ze lupimy ja bezlitosnie i bez zastanowienia. I ze ona w pewien sposob nam na to odpowiada. Ze wszystko jest ze soba polaczone - sposob w jaki ludzie traktuja ziemie, jej bogactwa, zwierzeta i rosliny z tym co im sie przytrafia. Mieszkancy krajow andyjskich, potomkowie pierwotnych cywilizacji, czczacych Pachamama (Matke Ziemie) jako boginie obfitosci, zdaja sie byc nieustannie bardzo swiadomi tego, ze zyja, bo zyje ona. Wystaczy usiasc wieczorem w ich towarzystwie, zamknac usta i posluchac co maja do powiedzenia. Prawie zawsze wieczorna dyskusja skreca w kierunku dywagacji nt. odmiennosci krajobrazu tak typowej w tych stronach. Selva, sierra, costa. Dzungla, wyzyny i wybrzeze. Dyskusje o specyfice zycia w kazdym z tak roznych srodowisk, o zwierzetach, roslinach, jedzeniu nie maja konca. Godzinami mozna sluchac o sposobach wykorzystywania tego co rodzi ziemia, o przygotowywaniu tych wszystkich prostych posilkow. Temat powtarza sie tak czesto, a jednak nigdy nie zostaje wyczerpany. Za kazdym razem na jaw wychodzi ta atencja z ktora sie o tym mowi, to jak bardzo ziemia pozostaje w zainteresowaniu, jak wiele sie na jej temat wie.
Moje 300 km podrozy wzdluz wybrzeza. 300 km pod wiatr. Od poczatku wyprawy nie moge zrozumiec jak to sie dzieje, ze przez 90% czasu, w ktorym czuje wiejacy wiatr, wieje mi on w oczy. Niezaleznie od kierunku w ktorym jade. Tutaj sila rzeczy zastanawiam sie nad tym czesciej. Wieje tak, ze naciskajac najsilniej jak potrafie na pedaly, przejezdzam w tym prawie plaskim terenie 5 km w ciagu godziny. Czuje jak wywiewa ze mnie wode, zatrzymuje sie co 20 minut i wypijam jej za kazdym razem pol litra. Mijam miasto Barranquilla, ktore zapasc w pamiec moze chyba tylko tym, ze pochodzi stad najwieksza i chyba jedyna eksportowa gwiazda pop. Shakira bedaca na ustach swiata od kilku moze lat, na poludniowoamerykanskiej scenie z nieslabnacym powodzeniem wojuje serca zwolennikow dyskotekowych rytmow od mniej wiecej 15-tu. Za Barranquilla droga wystawia mnie na bezposrednie dzialanie zywiolu morskiego. Kilka kilometrow jade przy samej linii brzegu, dziwnie pochylony na bok, probujac przeciwstawic sie sile wiatru, spychajacego mnie z drogi. Wiatr, nie wiedziec czemu, slabnie wieczorami, dlatego juz kolejny raz decyduje sie na nocna podroz po drogach Kolumbii. Cisza i spokoj, jaki tu panuje jest zupelnym przeciwienstwem powszechnych wyobrazen o tym kraju. Zupelnie nie potrafie wyobrazic sobie Kolumbii jako sceny bezustannych, brutalnych i krwawych wojen domowych. Przede mna Santa Marta, nadmorski kurort, sciagajacy rzesze kolumbijczkow, a ostatnio przebijajace je ilosciowo hordy turystow przybywajacych z duzo bardziej odleglych krajow.




W Santa Marta dokonal swych dni Simon Bolivar, otoczony niemal kultem El Libertador ktorego armii udalo sie wyswobodzic spod hiszpanskiej dominacji wiele andyjskich narodow.

Rozpoczynajac od swojej ojczyzny - Wenezueli, poprzez Kolumbie, Ekwador, a konczac na terenach, na ktorych dzis lezy - nazwana zreszta na jego czesc - Boliwia. Ostatnie swoje dni spedza tu, zapisujac kilka dekretow bedacych wyrazem dazenia do umilowanej wolnosci. Bedac pod wrazeniem idealow wodza, przecieram oczy ze zdumienia, czytajac informacje obok wejscia do rezydencjalnej kuchni: ¨Stad wydawana byla miedzy innymi woda dla niewolnikow...¨ Coz, widac ideal wolnosci narodow slabo przylegal do malo znaczacej jednostki. Moze to ta sprzecznosc spowodowala, ze - jakby w ramach klatwy - posiadlosc wziely pozniej we wladanie smoki...

Brak czasu i atmosfera sprawiaja, ze nie zatrzymuje sie tu na dluzej. Opuszczam miasto ogarniete turystyczna goraczka, funkcjonujaca wedlug zasad na modle produkcji seryjnej. Wyruszam dalej na wschod, szukajac czegos bardziej prawdziwego i odliczajac ostatnie rowerowe kilometry...

czwartek, 24 marca 2011
Jeden dzien w raju
Playa Blanca. Haslo - klucz. Magnes na turystow.
Kawalek rajskiego wybrzeza, otulonego rafami koralowymi i woda w kolorze, w ktory trudno uwierzyc. Kraina slonecznego blasku, lazurowych fal i barw klujacych w oczy.





|